Przemyślenia

„Obracanie zmarłych” – Famadihana

Na wsiach po dziś dzień panuje zwyczaj, że ciało zmarłego leży w trumnie w domu, chociaż jeden dzień. Zwyczajowo nawet trzy dni. Gdy w tragicznych okolicznościach zmarł mój brat, bardzo trudne okazało się sprostanie tej tradycji Koniec końców udało się.

To było 10 lat temu. Byłam wdzięczna, że nie muszę spać w tym domu, ba sam różaniec, na którym chciałam i starałam się pojawić, odbył się ostatecznie beze mnie. Moje nogi i ciało odmówiło posłuszeństwa, ledwie weszłam do pomieszczenia, w którym na podwyższeniu spoczywała trumna z ciałem mojego brata, chwilę potem wyniesiono mnie.

Dziś na śmierć patrzę inaczej. Nie boję się jej, ale bólu i pustki, którą po sobie zostawia tak. Niestraszne mi już martwe ciało, lecz myśl, że kogoś mogłoby nagle zabraknąć.

Ale przyznam się, że oglądając zdjęcia z pogrzebów czuję jakiś niesmak. O dreszcz przyprawiają mnie opowieści sprzed nastu lub kilkudziesięciu lat. Kiedyś obligatoryjnie zmarły leżał w trumnie w domu. Ktoś z rodziny, nieboszczyka obmywał i ubierał. Dookoła toczyło się normalne życie, spożywano posiłki, dzieci bawiły się w berka, a rozmawiano o żniwach np. Unoszący się fetor z rozkładającego się ciała szczypał nozdrza, ale to także było normalne. Tradycja. Druga strona medalu to traumy. Świeżo poruszony temat w gronie rodzinnym wywołał skrajne emocje.

Kiedyś nie wyjaśniano dzieciom, co to jest śmierć. Nierzadko los stawiał przed faktem dokonanym, gdy ktoś z rodziny umierał. Styczność z nieboszczykiem dla jednych nic wielkiego, dla innych coś potwornego.

Kuzyn po śmierci dziadka, który w trumnie spoczywał na stołkach w kuchni, długo nie mógł przekonać się do jedzenia i spania. Wszędzie czuł woń nieboszczyka. Ciocia, już ze śmiechem opowiadała, jak martwemu wujkowi nagle się bekło.

Miałam 13 lat, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z martwym ciałem koleżanki. Ponad miesiąc czułam niejako oddech na plecach i bałam się zostać sama w domu. Czułam podwójny ciężar, pamiętajac że za życia bywałam dla niej niemiła.

Ale to i tak „blado” wypada obok tradycji na Madagaskarze. Famadihana („obracanie zmarłych”) to rodzinny festiwal, trwający nawet tydzień, w zależności od zamożności rodziny. Towarzyszą mu tańce i śpiewy. Rozkładające się zwłoki zmarłego (po 5 – 8 latach) wyciąga się z grobowca i owija w całun. Zaprasza się na ucztę na cześć zmarłego: rodzinę i znajomych. Im więcej ludzi, tym lepiej, wszak każdy przynosi coś w prezencie. Po zakończeniu uczty, zwłoki chowane są w innym miejscu – w grobowcu. Zanim pomyślimy, że to potworność, dla malgaszów to przejaw szacunku i pamięci o przodkach. Co kraj, to obyczaj.

Zostawiam linki do filmików, jakby ktoś chciał pooglądać i miał silne nerwy:

Ps. Z Synem temat, wydaje mi, się mamy przerobiony. Dowód: mieszkamy w mieszkaniu, gdzie poprzedniemu właścicielowi się zmarło i jego zwłoki leżały podobno 3 dni. Syn podszedł do tematu racjonalnie. Na domiar wszystkiego w „tym” pokoju śpi.

Ależ dziś powiało… grozą…