Osobiste

Łowczyni promocji

Odkąd dałam się „udomowić”, właściwie odkąd spoczywa na mnie logistyczne prowadzenie domu dla 3 osób i kota, nauczyłam się wielu przydatnych umiejętności.

Jedna z nich to przeglądanie ulotek reklamowych różnych supermarketów. Właściwe to jestem bystrą poszukiwaczką ( a może łowczynią) promocji. Zbieram gazetki ze skrzynki na listy i myszkuję po stronicach w poszukiwaniu: „co dziś dają?”. Mam kilka swoich ulubionych promocji np: dwa w cenie jednego produktu. Cóż najczęściej jest tak, że cena jednego produktu wzrasta o tyle, by na drugim supermarket także zarobił. Owszem oszczędność jest, tak do 30%. To już coś. Powalająca promocja to: przy zakupie jednego produktu, drugi 50 % taniej. Dodając ceny dwóch produktów, wychodzi się zazwyczaj na „tak jak zwykle”. Czyli oszczędność żadna, ale satysfakcja znaczna!?.

Inaczej rzecz się ma z promocyjnymi cenami mięsa, ryb. Widząc schab bez kości za 11.99 za kilo, myślę już o schabowych ( moi są notorycznie mięsożerni – potwory) na obiad. Pomna nauczek zbyt wielu, patrzę na drobny maczek pod zdjęciem i już wiem o co „kaman”. Cena dotyczy tylko mięsa wyłożonego w ladach, bądź ilość towaru ograniczona. W sumie musisz się spieszyć, gdyż promocja ma przyciągnąć jedynie jak najwięcej potencjalnych klientów, ale „obdarzyć” ich tanim towarem. Taki lep na… klienta.

Kiedyś wybrałam się na taką promocję z samego rana. Mama mnie uprzedziła, że tak trzeba. Przyszłam odpowiednio wcześnie, by drzwi rozsunięto mi przed nosem. Wraz z tłumem starszych pań, wpadłam do supermarketu, zdziwiło mnie trochę, że te panie ożyły nagle, jakby wszelkie ruchowe „ułomności” odeszły. Wręcz przepychały się, torując sobie drogę do… właśnie do lad ze schabem. Mi było niesprzeszno, chyba nawet bardziej od zakupów interesowało mnie to zjawisko. Gdy panie dotarły do mety, zaczęły „tańczyć” wokół lad. Wyrywały sobie z rąk, niby przez przypadek, opakowany schab, układały w koszykach po 3 paczki, jedna drugiej przykazywała, by się nie pchała, inna z kolei, że ludzie są teraz tak źle wychowani. Mięcha nie kupiłam, ale gdybym nie była, to nie uwierzyłabym, że coś takiego jest w ogóle możliwe.

Z miejsca kojarzy mi się scenka z ciucholandu z dnia dostawy towaru. Prawdziwy survival. Kto pierwszy dopadnie koszyk i nakładzie do niego jak najwięcej, wygrywa. Nawet jeśli trzymasz już rzecz, ktoś może ci ją wyszarpnąć z rąk. Przepychania, spory, siła charakteru i nie tylko. A potem te panie (niektóre) wracają grzecznie za biurka różnych urzędów i przyjmują petentów (bez urazy).

Puenty chyba żadnej… A może… są rzeczy na tym świecie, które „ożywiają” bardziej niż… woreczek lekarstw.